W piwnicy biblioteki Kowalski odnalazł coś nieoczekiwanego – nie manuskrypty, lecz obrazy. Dziesiątki płócien opartych o kamienne ściany.
Wszystkie przedstawiały tę samą kobietę. Bez twarzy.
To były obrazy Anny Lewickiej – rozpoznał jej charakterystyczny styl, grube pociągnięcia pędzla, intensywne kolory morza. Ale na każdym z portretów twarz postaci była zamalowana na czarno.
Na odwrocie ostatniego płótna znalazł adres: ul. Nadbrzeżna 7.
– Latarnia – mruknął Kowalski, przypominając sobie niedokończony obraz w pracowni. Ta sama latarnia, ten sam klif.
Sprawca prowadził go jak po nitce. A nić prowadziła nad morze.
