Anna Lewicka wróciła do swojej pracowni trzy dni po odnalezieniu ojca.
Kowalski czekał na nią z kawą i pytaniami. Usiedli przy oknie, z widokiem na bruk Starego Miasta.
– Wiedziałam, że żyje – powiedziała spokojnie. – Zostawiał mi znaki przez lata. Motyw latarni powtarzał się w każdej jego wiadomości przez pośredników. Namalowałam go, żeby dał znak, że rozumiem.
Inspektor pokręcił głową z podziwem. Ojciec i córka rozmawiali językiem obrazów przez piętnaście lat.
Dokumenty Romana trafiły do prokuratury. Stara sprawa ożyła, tym razem z wystarczającymi dowodami.
– Co teraz? – zapytał Kowalski.
Anna wzięła pędzel. Na świeżym płótnie pojawiały się pierwsze kreski – dwie sylwetki na klifie, obok latarni.
– Teraz maluję prawdziwe zakończenie – odpowiedziała.
