Roman Lewy usiadł przy starym stole i zaczął mówić.
Piętnaście lat temu był świadkiem wypadku – nie wypadku, morderstwa. Zamordowano jego wspólnika, który prowadził nielegalne interesy z wpływowymi ludźmi. Romanowi grożono. Musiał zniknąć, zostawiając wszystko – żonę, małą Annię, spokojne życie.
– Przez te wszystkie lata śledziłem jej postępy – mówił cicho. – Zdjęcia z wystaw, artykuły. Kiedy zobaczyłem obraz latarni w galerii, wiedziałem, że pamiętała nasze wspólne wakacje.
Kowalski słuchał. Taka historia zmieniała wszystko.
– Mam dokumenty – powiedział Roman. – Dowody. Chciałem je oddać Annie, żeby wiedziała, że jej ojciec nie był zbiegiem z tchórzostwa.
Na stole pojawiła się stara teczka. Kowalski otworzył ją ostrożnie. Prawda ważyła tu tyle, co piętnastoletnie milczenie.
